niedziela, 4 czerwca 2017

Saga (tom 1) - to rodzinne

   Chęć na dalsze pisanie zniknęła równie szybko jak się pojawiła, a gdy tylko myślałem by coś jednak napisać, to miałem w głowie jedynie pustkę. Być może w obawie przed tym, że o niektórych rzeczach napiszę tylko krótkie notki, zamiast porządnych recenzji. Ale z drugiej strony to i tak miał być taki eksperyment, gdzie miałem się wyćwiczyć, a mówi się, że pisać należy od serca. No to do dzieła, najwyżej w przyszłości będę pisał krótko o kilku rzeczach naraz (ogólnie to zawsze czułem niechęć do cofania się do napisanego tekstu i przeglądania go, a zawsze jest coś do poprawienia).
   Dodatkowo przerwa spowodowana była tym, że nie miałem czasu nadrabiać niczego. Paradoksalnie od niedawna mam Netflixa, gdzie rzeczy jest cała masa, nawet jeśli oferta w porównaniu do zagranicznej jest uboższa. Ale nie można mieć wszystkiego. To może na dziś przejdźmy do komiksu o którym udało mi się słyszeć sporo dobrego.



Saga (tom 1) - o Sadze było głośno kilka lat temu, naturalnie dziś zdołało nieco przycichnąć, choć wychodzi ona do teraz. Jak ją scharakteryzować? Opisywanie fabuły zawsze szło mi najgorzej, ale wspomnieć coś zawsze warto. Do czynienia mamy z dość klasycznym, znanym od Romea i Julii schematem pary zakochanych, gdzie każda osoba pochodzi z odmiennego świata. Dosłownie, bo chodzi o przedstawicieli dwóch wrogich ras, którzy od dawna toczą między sobą długą, międzygalaktyczną wojnę. Na tyle długą, że mało kto pamięta o co naprawdę poszło. Alana była strażniczką więzienną, gdzie poznała Marco z którym weszła w romans, a następnie uciekli jako para w zakazanym związku, my zaś zapoznajemy się z nimi w momencie narodzenia ich dziecka, co przy mieszaniu ras jest swoistym ewenementem. Dlatego choć sami są skazani na śmierć, narodzona Hazel staje się dodatkowym celem. Jest ona także narratorką całej opowieści.

   Świat można banalnie scharakteryzować jako połączenie gwiezdnowojennego science fiction z fantasy typu Gra o tron, czego zresztą nie ukrywa wydawca. Ale to jak zwykle pozory, bo scenariusz, mimo wielu wątków dramatycznych, często traktuje się bardzo na luzie, czy to w kwestii charakterów postaci, dialogów pomiędzy nimi czy samego ich wyglądu. Zarówno projekty postaci czy wszechświata bywają wyjątkowo odjechane, a scenarzysta Brian K. Vaughan (którego wcześniej znałem z Y: Ostatni z mężczyzn) wydaje się przy tym doskonale bawić, co rusz serwując nam rzeczy od których mimowolnie łapiemy się za głowę i nie wiemy czy powinniśmy się śmiać, być zaskoczeni czy zdumieni. Albo wszystko naraz, co jest zasługą oryginalnym zasadom kreującym cały ten wszechświat, czy to pod względem technologii czy występującej w nim magii, którą potrafi władać Marko. A czasami rzeczy po prostu się dzieją. Bo tak. Tym bardziej, że nie brakuje tu ostrych wulgaryzmów, scen przemocy czy seksu. Całość jest więc zdecydowanie skierowana do dorosłych, a pierwsze uderzenie zawsze boli najbardziej, ale jeśli ktoś zdoła je przetrwać, z pewnością zapragnie więcej.

   Wspomnieć należy o rysunkach Fiony Staples. Z pewnością niczego nie brakuje samym bohaterom czy co bardziej pokręconym projektom, choć przyczepić się można nieco to teł, które wydają się mniej skupione niż ostro zaznaczone czarną kreską postacie, przez co miewam wrażenie, że są one wyraźnie wstawione, a nie będące częścią całości. Z drugiej strony wszystko łączy się dobrze w jedną całość. Rysowniczka dodatkowo doskonale ujęła wszelkie pomysły scenarzysty, a od wszelkich ujęć czuć wyraźną dynamikę, szczególnie w scenach akcji.

   Tom 1 składa się na sześć zeszytów i dawno nie miałem takich nerwów po przeczytaniu, spowodowanych tym, że zwyczajnie mam ochotę na więcej i chcę koniecznie wiedzieć jak potoczą się dalsze losy bohaterów. Zwłaszcza że nie skupiamy się tylko na głównej parze, ale i z osobnikami, którzy ich ścigają. I pozostaje mi się zapoznać w przyszłości z tym, jak te wszystkie drogi się w końcu zetkną. Taki już urok wielowątkowych opowieści.

poniedziałek, 27 lutego 2017

Brzydkie słowa, herezje, kosmiczne odloty i polskie połamanie głowy

Jestem kilka minut po finale drugiego sezonu "Star vs The Forces of Evil" i jestem pozamiatany. Niestety prace nad sezonem trzecim trwają od dawna, toteż twórcy wykorzystali to w pełni, zostawiając furtki. Dużo furtek. I dobrze, liczę, że osiągnie on jeszcze większą popularność, pomimo tego co Disney potrafi nawyczyniać na swoich kanałach. A i pojawiła się polska wersja wersja, którą też chętnie sprawdzę. Właściwie to jakoś bardziej on trafia w moje gusta niż nawet "Wodogrzmoty Małe"... Właśnie, kiedy ja to dokończę? Mam dłuższe przerwy między odcinkami niż te oficjalnie i wcale nie dlatego że mi się nie podoba czy coś.

Ale o tym kiedy indziej. Na pisaninę nie było ostatnio czasu, a udało mi się nadrobić kilka filmów.


Miasteczko South Park

W tym roku film stanie się pełnoletni. Czyli w wieku widzów do których był kierowany. Teoretycznie, bo kto takiego niegrzecznego filmu nie widział? No, ja. I na dobrą sprawę dziwnie się ogląda film, którego nie widziało się nigdy, ale jednak znało się cały. Już lata temu w gimnazjum absolutnie zakochałem się w grze "South Park" u kuzyna (po latach zobaczyłem jak bardzo słaba ona była :P), a kuzynka z kolei streściła mi film. W liceum zapoznałem się z kilkoma sezonami i byłem naprawdę pod wrażeniem tego jaki ten serial jest naprawdę. I porzuciłem go na wiele lat, ale sezon 19 obejrzałem cały (PC Principal to genialna postać!). Ale filmu nie widziałem. Przez lata widziałem pojedyncze scenki, słuchałem części piosenek, które naprawdę mi się podobały i przyszedł w końcu czas na nadrobienie. I jak wypada po latach? Całkiem dobrze. Podoba mi się jak twórcy w fabule na dobrą sprawę nawiązywali do własnych kontrowersji, jakie zdołają wywołać i jak dzieciarnia będzie chciała to obejrzeć (bo i tak jest z filmową fabułą właśnie). Tempo jest jednak miejscami za bardzo szybkie, a sam film jest dość krótki. Nie widziałem wystarczająco nowych odcinków, by wiedzieć jaką ewolucję przeszedł serial i jak balansowano na granicy humoru i satyry na społeczeństwo, ale na pewno i dziś nie jest to seans stracony.



Dogma

Tak jak sobie obiecałem, zamierzam nadrobić kino Kevina Smitha. Czy będę miał ochotę sięgać po jego późniejsze filmy po 2006 roku, które zaczęły podobno stawać się coraz gorsze? Się zobaczy. Dpgma akurat pochodzi z jego wczesnego okresu, gdy jednocześnie jego filmy cieszyły się popularnością. W Dogmie do tego dochodzą kontrowersje związane z fabułą obracająca się wokół wiary katolickiej i chrześcijan, a jak dodać do tego poczucie humoru twórcy  łamanie niektórych wyobrażeń, to wychodzi tu mocna mieszanka. I fakt, humor miejscami zdawał się być aż nadto wulgarny, choć zdecydowanie dawał radę. Najbardziej podobały mi się zdecydowanie te spokojniejsze momenty, gdzie bohaterowie rozmawiali... na naprawdę ciekawe tematy, zadając pewne ważne pytania na temat pojmowania wiary i podejścia ludzi, którzy podświadomie nie traktują jej poważnie. Choć i perspektywa upadłych aniołów, którym zależy bardzo na powrocie do Nieba jest równie interesująca. Wiem że w przyszłości będę chciał do niego wrócić, by spojrzeć na niego jeszcze raz na świeżo.



Moon

Debiut Duncana Jonesa opowiadający o samotnym astronaucie w bazie księżycowej na której dzieją się dziwne rzeczy zaintrygował mnie już w czasie premiery. Bo owszem, samotność gdy przez kilka lat jest się z dala od Ziemi i praktycznie czegokolwiek ludzkiego może zacząć dawać się we znaki, a i pamiętam że zwiastun zapowiadał lekko paranoiczny klimat, gdzie nie do końca wiadomo co jest prawdziwe, a co nie. Kojarzyło mi się to trochę z Solaris z 2002 roku, jednak ostatecznie karty zostają szybko odkryte i zamiast zastanawiania się "co", myślimy raczej "dlaczego", co oczywiście nie musi być minusem, bo scenariusz jest całkiem zgrabny. I kojarzył mi się z innym filmem, którego jednak nie przytoczę, by nie spojlerować :P.  Nastrojowy film z miłym klimatem, w którym zabrakło mi tego "czego, czego jeszcze nie potrafię nazwać". Albo po prostu mocniejszego zaskoczenia. W sumie podobnie było z późniejszym filmem reżysera, Kod nieśmiertelności, który też był całkiem oryginalny, ale miałem podobne odczucia. Nie wiem jak jest z Warcraftem, ale opinie były dość średnie, gdzie narzekano głównie na scenariusz. Czyżby takie niedorobienie miałoby być oznaką stylu Jonesa? Nie wiem, ale i tak będę mu po cichu kibicować.



Hardkor Disco

Nie udało mi się obejrzeć kiedyś tego filmu na którymś Camerimage, a nowe kino polskie od młodych twórców mnie interesuje. Tym bardziej, że Krzysztof Skonieczny wydaje się być twórcą wszechstronnym. A jak wypada jego debiut filmowy? Dla mnie tak sobie, jeśli mam być szczery. Owszem, aktorzy grają jak najbardziej w porządku, realizacja jest dobra, a zdjęcia nadają całości chłodnej atmosfery. Ale na dobra sprawę myślałem, że będzie tam więcej klimatów nocnego, warszawskiego życia. I niby było, ale stosunkowo mało. Najbardziej mnie jednak uwierała forma przedstawienia fabuły, którą wydaje mi się (może błędnie), że w ostatnich latach znajduję głównie w polskim kinie, a na pewno w offowym. Mianowicie oglądając film bez większej uwagi tak naprawdę można wiele przegapić, bo nic nie jest nam mówione wprost, a całość bazuje na własnym domyślaniu się przyczyn działań bohatera. I nie chcę wyjść tu na jakiegoś prostaka, bo zdecydowanie popieram, by filmowi twórcy stosowali zasadę "nie tłumacz, pokazuj", tylko co, gdy w rzeczywistości pokazują jak najmniej? Być może po prostu nie byłem w nastroju, ale seans okazał się dla mnie bez większej rewelacji, a szkoda. Być może w dużym skupieniu na sali kinowej więcej bym z niego rozkminił, być może trzeba go obejrzeć jeszcze raz, ale jak znam siebie, to popatrzę na analizy innych na forach. Lubię w sumie układać filmowe puzzle, ale na dobrą sprawę czasem trzeba trochę zluzować i nie popaść w przesadę. Ale kto wie, może lepiej go zrozumiem, a potem będę się pacać w głowę za to, co tu właśnie ponawypisywałem :P.


Kończę. Tak patrzę na te notki i wydaja się strasznie krótkie, choć pisanie szło mi nieco opornie. Tak to jest, gdy opisze się coś po dłuższym czasie, albo gorzej, gdy nie ma się za wiele do powiedzenia. Ale hej, po to tu piszę. Wiem na pewno, że jeżeli będę miał do powiedzenia o czymś konkretnym coś więcej, to na pewno poświęcę temu osobny wpis. A takie krótkie serie kilku rzeczy na raz chyba nie są jakoś mocno zagmatwane?

sobota, 18 lutego 2017

Komiksowy... ból głowy?

   Na początku lutego pojechałem na Szlamfest i odkąd wróciłem nie potrafię się ogarnąć kompletnie z niczym, przez co jeszcze bardziej wypadłem z obiegu ze wszystkim niż w styczniu. Dotyczy to głównie tłumaczeń TGWTGpl, bo ciężko mi wszystko pogodzić z robotą, a jak w końcu mam chwile wytchnienia, to zwyczajnie mi się nie chce. Tak, robię to hobbistycznie, ale wciąż myślę o tych wszystkich zalegających tekstach, które zalegają całymi miesiącami, czekając na opracowanie.

   Drugi problem to taki, że przeszła mi też ochota na pisanie, a gdy przez tak długi czas niczego nie opisuję, a mam taki zły zwyczaj, że chcę wtedy pisać o wszystkim co się działo i zwyczajnie wychodzi z tego bałagan, bo za dużo tego wszystkiego.
   A tak naprawdę miało być o komiksach, bo tych przywiozłem z Trójmiasta kilka, z czego dotychczas przeczytałem do tej pory "Będziesz smażyć sie w piekle", które jest chyba najlepszym komiksem jaki w życiu czytałem. I oczywiście, mam znajomych, którzy przeczytali ich kilkadziesiąt razy więcej niż ja, ale w życiu zdołałem przeczytać trochę klasyków i rzeczy mniej znanych, mainstreamowych i bardziej specyficznych, ale żaden mnie tak nie wciągnął jak historia deathmetalowego zespołu Death Star. Mimo że z wyglądu i charakteru jestem całkowitym przeciwieństwem metalowca, to mam potworna słabość do historii o nich, a szczególnie do żartów o nich. To mi wciąż przypomina, że mam do zaliczenia "Metalocalypse" i filmową wersję "Detroit Metal City"...

   Tuż przed Szlamfestem miałem dwa komiksy do skończenia. Spider-Man z tej nowej kolekcji Marvela wypożyczony od kolegi i Star Wars Komiks "Darth Vader" kupiony... na zeszłorocznym Pyrkonie. Do tego drugiego podchodziłem kilka razy i nadal go nie skończyłem. Zdałem sobie dziwną sprawę, że gdy czytam te mainstreamowe komiksy z USA, to zaczyna boleć mnie głowa, a wtedy robię się śpiący i zaczynam notorycznie ziewać. Czy to poczucie nudy? Rysunki wtedy są tak wygładzone, a na nich samych dzieje się tyle rzeczy, że mam wrażenie że nie potrafię tego wszystkiego ogarnąć wzrokiem i zaczyna mnie to męczyć. Dawniej nie miałem z tym problemu. Czy to coś ze wzrokiem czy po prostu przeszedłem jakąś dziwną przemianę przez te wszystkie lata? Z bardziej oszczędnymi rysunkami nie mam takich problemów. Dość powiedzieć, że udało mi się skończyć z przerwami Spider-Mana, który okazał się całkiem porządnym albumem, nie licząc kontrowersji z tłumaczeniem i okazjonalnymi błędami, na które zdążyło narzekać kilka osób.



   Na razie to tyle w tej kwestii. Wśród rzeczy z Gdańska czeka mnie drugi Ivan Kotowicz oraz parę rzeczy pożyczonych od Szarosen. W lutym z filmów udało mi się tylko obejrzeć "Jay i Cichy Bob kontratakują", który jest spoko filmem do obejrzenia w towarzystwie, ale zdecydowanie nie warto oglądać go na trzeźwo. No i może w ramach nadrobienia filmografii Kevina Smitha powinienem był obejrzeć go później, bo cwaniak stworzył własne uniwersum po którym snuja się postacie z jego poprzednich dotychczasowych filmów.
   No i zamierzam wrócić do czytania książek. W Empiku udało mi się w ostatniej chwili kupić tanio "Życie na pełnej petardzie", które czyta się dotąd naprawdę pozytywnie i może nawet skończę ją w tym miesiącu. Wyjazd do Gdańska przypomniał mi też o trylogii "K-Pax", którą kupiłem lata temu zafascynowany filmem. Czemu je porzuciłem? Chyba po prostu przygnębiały mój młody umysł ostrzeżeniami Prota co do przyszłości gatunku ludzkiego. Dziś to w sumie trochę śmieszne, więc nadszedł chyba czas bym w końcu zmierzył się z nimi ponownie.



wtorek, 31 stycznia 2017

Ryan Larkin - krótka filmografia długiego życia

Dziś postanowiłem odświeżyć wszystkie cztery filmy Ryana Larkina, którego poznałem niemal 10 lat temu na studiach. Tym bardziej fajnie, że na YT część była w doskonałej jakości. O ile dwie pierwsze są dosyć proste i bardziej eksperymentalne (i nieco ciężko nadążyć za zmieniającymi się kształtami), to już Przechadzka i Muzyka uliczka robią naprawdę dobre wrażenie jako filmy które należy chłonąć myślami, szczególnie że nie mają one ani fabuł, ani konkretnych przestań.

Co mnie zaskoczyło, to wiedziałem że nie dokończył on swego ostatniego filmu przez śmiercią 10 lat temu, ale nie wiedziałem że Trochę drobnych zostało dokończone przez innych rok później. To całkiem udane dzieło, które jest swoistym podsumowaniem zarówno jego życia i twórczości, inne niż z lat 60. i 70., ale nadal wyraźnie jego.

Znając jego życie to przykre że stworzył on tylko pięć filmów oraz to że on tak mało znany, nawet mimo oskarowego filmu mu poświęconego. Gdy spojrzałem na jego profil na Filmwebie, przez te 10 lat nie powstał tam ani jeden wątek. Pomyślałem też by może go przedstawić na grupie Kinowego ekspresu, może ktoś by się chciał zapoznać. Ale reakcji było absolutne zero. Może specyficznym autorom nie dane jest zyskać dużej popularności za cenę bycia sobą? Przypomina mi się rozmowa jaką odbyłam w listopadzie z Piotrem Dumałą, ale jemu jeszcze poświęcę tekst.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Pora na przygodę - sezon 6

Dziwne jest być fanem tego serialu i jednocześnie więcej niż raz przerywać oglądanie na conajmniej kilka tygodni czy nawet miesięcy. I to wcale nie dlatego, że czeka się na kolejne odcinki (tak, oglądam z dubbingiem, bo poza kilkoma zgrzytami uważam go za naprawdę dobry). Tymczasem sezon ósmy już wystartował. Ostatecznie nadrobiłem dziś cztery ostatnie odcinki, z czego cieszę się bardzo, bo działo się w nich tyle, że zwyczajnie żal byłoby przerywać.

A co poza tym? Ciężko jest ocenić go całościowo, bo musiałbym dokładniej wszystko przeanalizować, na co w tej chwili nie mam czasu ani ochoty. Głowa bolała mnie dziś wystarczająco mocno. Sezon jednak obfitował w całkiem pamiętne odcinki i mimo jak zawsze sporej doby abstrakcji, bywało też dramatycznie, a i sporo się rozwinęło. Pozostaje zacząć sezon siódmy, nie myślę nad tym ile mi to zajmie, ale jestem dobrej myśli. I choć zostało mi ich jeszcze sporo, to czuć pewien żal że serial czeka koniec po dziewiątym sezonie. Człowiek czasem chciałby mieć poczucie że to wszystko gdzieś tam trwa nadal, nawet jeżeli jest do tyłu z nadrabianiem tego.

PS. Zrobiłem dziś listę zalegających mi filmów. Wyszło tego ponad 60. Jeśli uda mi się przez nie przebrnąć, to może zacznę oglądać te oznaczone jako "Chcę zobaczyć" na Filmwebie? Ale ile tego tam jest? Niemal 350 pozycji...

PS2. Dziś Jędrzej z Zagrajnika miał urodziny. W ramach prezentu obiecałem mu nową recenzję na jego kanał. Martwi mnie nadal marny mikrofon, a 500 złotych to na razie zbyt duży dla mnie wydatek.

niedziela, 29 stycznia 2017

Rewolucja w stagnacji? - "Ciężary duszy".

   Od dłuższego czasu na duszy leży mi tyle rzeczy, że pomyślałem że mógłbym założyć bloga. Co prawda niby kiedyś tego prowadziłem, ale byłem z niego na tyle niezadowolony, że wolałem zacząć na nowo, a ten miał popaść w zapomnienie, ale Google nigdy nie zapomina i zalogowało mnie na blogu powstałym pięć lat temu. I jak się okazuje, miałem tam nawet kilka tekstów o filmach z Camerimage 2013 w wersji roboczej sprzed trzech lat, których nawet nie pamiętałem. Miałem wtedy zamiar stworzyć kolejnego zwykłego bloga recenzenckiego, bym mógł się jakoś rozwinąć pod tym względem. Ale nie czułem tego i go po prostu pozostawiłem.

   Przez ten czas skończyłem pracę magisterką, pracuję w fast-foodzie od roku oraz multum mniej lub bardziej istotnych rzeczy, a jednocześnie czuję, że popadłem w stagnację. Nie tyle w życiu, co również pod względem kulturowym, odkładając napoczęte seriale czy filmy. Czasem może to trwać całymi miesiącami, a nawet latami. Co gorsza nigdy niczego nie zapominam, a po głowie ciąży  mi całe multum myśli, że "muszę to w końcu obejrzeć". Nie mówiąc już o "górze wstydu" gier, których zdołało się sporo nazbierać czy wiele planów życiowych. Najgorsze jest to, że gdy mam z czymś dużą przerwę, ciężko jest mi potem do tego wrócić, na nawet czuję jakąś niechęć, którą nie wiem czemu ciężko jest mi się przełamać. Jednocześnie "zaliczenie" czegoś daje mi wielkie poczucie ulgi niczym zrzucenie z duszy jakiegoś ciężaru. Z początku nawet chciałem nowego bloga nazwać "Ciężary duszy" właśnie, choć wydawała mi się sztucznie poetycka. Jest jednak ten blog właśnie temu mi służy - obiecałem sobie w 2017 w końcu skreślać wszystko z mojej listy rzeczy do zaliczenia we wszystkich dziedzinach życia, a na tym blogu chciałbym właśnie recenzować rzeczy, które wcześniej porzucałem. Myślę, że da mi to dodatkową motywację i będę mógł tu przerzucić swoje niektóre myśli. 

Tak więc ruszam. Oby mi wyszło to na zdrowie i mógłbym stworzyć z tego coś fajnego. A stare wpisy niech pozostaną w ramach pamiątki sprzed lat.

niedziela, 10 czerwca 2012

"Masochista" - wywiad


Wywiad z Mieciem Mietczyńskim, video-recenzentem, który parę miesięcy temu zdobył wciąż rosnącą popularność cyklem "Masochista", gdzie w prześmiewczy sposób omawia nieudane polskie produkcje. 

Co skłoniło Cię do wzięcia kamery i recenzowania filmów? 
Mietczyński: Przede wszystkim nuda. Tak się złożyło, że jakiś czas temu wyjechałem trochę pomieszkać za granicę. Tutaj jest tak, że jeśli człowiek nie znajdzie sobie jakiegoś ciekawego zajęcia, którym będzie w jakiś sposób żył, no to kapa. Zwyczajnie nie ma tu co robić, przynajmniej dla mnie. Akurat ten pomysł wziął mi się z tego, że pewnego razu bardzo polubiłem oglądać sobie tego typu recenzje amerykańskich twórców i nagle pomyślałem "Hej, ja też bym tak chyba potrafił". Napisało się więc scenariusz, nagrało się, zmontowało no i wisi na kanale. Powiem, że póki co daje to momentami kupę radochy w (parafrazując kultowy tekst Bolca) "tym smutnym jak p**da kraju". 

Czy był ktoś, na kim się wzorowałeś? 
M: Zdecydowanie tak. Od początku wzorowałem się na tego typu szkielecie programu jaki stworzył Doug Walker wraz z postacią Nostalgia Critica (z tym, że ja nie tworzę raczej żadnej postaci - taka różnica). Uważam, że jest to normalne i negatywne komentarze typu "eee, to jest zwykła kopia, wymyśliłbyś coś sam" są zwyczajnie głupie bo pewnie jakieś 99,9% programów nie tylko tworzonych przez twórców internetowych w Polsce, ale również ludzi pracujących w telewizji, to pomysły zaczerpnięte z zachodu (głównie, ze wschodu też się zdarza). W każdym razie z odcinka na odcinek staram się trochę ten szkielet przestawiać, żeby było to bardziej "własne".

Czy miałeś już wcześniej jakieś doświadczenie w graniu przed kamerą lub na scenie? 
M: Żadnych. Jakieś tam epizodziki w kółku teatralnym, ale zawsze jakieś ch***we role dostawałem, bo nie byłem dziewczynką i zaczęło mnie to, że tak powiem dop****lać. Kiedyś miałem zagrać Józefa na jasełkach, ale próby pokrywały się z SKSami, tak więc dałem sobie siana. Czyli tak całkowicie już poważnie - nie, nie miałem żadnego doświadczenia wcześniej.

W cyklu "Masochista" recenzujesz kiepskie polskie filmy. Masz wśród nich jakieś ulubione?
M: Ależ tak! Mnóstwo! Ja w ogóle uwielbiam polskie filmy, tylko zwyczajnie program jest ciekawszy gdy jest się z czego pośmiać, dlatego biorę się za totalne badziewia, które powstają przecież też w innych krajach. Jakbym miał podać kilka tytułów, to uwielbiam filmy Koterskiego - przede wszystkim "Nic śmiesznego" i "Dzień świra", ale też "Wszyscy jesteśmy chrystusami". Z klasyków to "Hydrozagadka" i "Miś". Jeśli chodzi o nowsze produkcje to "Vinci" (film niedoceniany moim zdaniem, jest całkiem inny, jak niepolskie kino) i "Dom zły" (to samo). No i naturalnie nasze, najlepsze komedie "Poranek Kojotwa", "Chłopaki nie płaczą" i obie części "Kilera".

Czy jest coś, czego we współczesnym polskim kinie szczególnie nie lubisz? 
M: Nie lubię tego, że dość mało stawia się u nas na nowe twarze, a jeśli już to przebijają się głównie Ci ładni, a rzadko uzdolnieni. Taki Piotr Wawer - fenomenalna rola w filmie "Made in Poland" w 2010 roku i co? Cisza. Z drugiej strony Aleksandra Hamkało, która owszem - jest śliczną dziewczyną, ale ile w niej samego wdzięku, a ile umiejętności aktorskich...? I taka gra w filmie "Big Love" pani Białowąs, który jest przez nasze media nazywany "ambitnym kinem" co też jest moim zdaniem czystą kpiną, no ale to inna kwestia. W każdym razie wspomniana wcześniej przeze mnie Hamkało zagra pewnie wciągu najbliższych pięciu lat w co najmniej czterech filmach, ogłaszanych przez nasze media jako te mega świetne, a Wawer... wróci do teatru, na stałe. W Polsce od jakiegoś czasu status "dobrego aktora" nie jest przyznawany za dobrą grę, ale ze sympatyczny sposób przedstawienia dezodorantu, który nie zostawia białych śladów. Oczywiście nie jest to zasadą, ale swego rodzaju plagą. Eh, dużo jest rzeczy szczególnie nie lubię, chyba za dużo opowiadania...

Jak wygląda pisanie scenariuszy? Tworzysz je sam, czy ktoś Ci przy tym pomaga? 
M: Sam. Raczej do tego programu nie potrzebuje niczyjej pomocy. Co do samego procesu pisania to wygląda to bardzo różnie. Do trzeciego odcinka udało mi się napisać całość chyba w dwie godziny, zaś do tego ostatniego trwało to ponad tydzień. Zależy chyba od zależności. Najgorsze jest jednak to, że aby takie coś stworzyć to nie wystarczy filmu zobaczyć raz, czy dwa. A to boli. Piekelnie.

Zamierzasz w przyszłości rozszerzyć działalność? Omawiać też inne rzeczy czy utworzyć nowe, poboczne serie? 
M: Jakieś tam pomysły są, ale póki co jest dobrze tak jak jest. Może jak kiedyś uda się zdobyć większą oglądalność i zainwestować coś w sprzęt, to wtedy zabiorę się jeszcze za jakiś inny projekt. Czas pokaże.

Prócz YouTube publikujesz też filmy w serwisie „To Się Wytnie”. Nagrałeś gościnnie materiał dla serii „Wycięci”. Będzie więcej współpracy? 
M: Bardzo bym sobie tego życzył, jednak na pewno nie sprzyja temu fakt, że nie mieszkam w Warszawie ani w ogóle w Polsce. Póki co cieszę się z tego, że mam tam kanał, bo trafia on do dość sporej grupy odbiorców jak na tego typu telewizję internetową, a i z tego co widzę po ocenach i komentarzach, moje filmy cieszą się tam dobrą opinią, mimo że wśród odwiedzających ten portal aż roi się od hejterów. Póki co jednak na jakąś większą współpracę się nie zanosi.

 
Mieciu Mietczyński