środa, 30 sierpnia 2017

Zrób mi jakąś krzywdę

   O Zrób mi jakąś krzywdę, czyli wszystkie gry wideo są o miłości musiałem usłyszeć w okolicach jej premiery w 2006 roku. A dokładniej w czasopiśmie o grach, a jakże (dokładniej to w nieistniejącym już Neo Plus), gdzie pojawił się wywiad z debiutującym wówczas Jakubem Żulczykiem. Wtedy dowiedziałem się, że książka opowiada o perypetiach chłopaka, który uciekł z poznaną nastolatką, której stale towarzyszyła konsola GameCube. A że była to wówczas posiadana i uwielbiana przeze mnie konsola, był to wystarczający powód, by mieć ją na uwadze. Dopiero w 2009 roku w końcu się z nią zetknąłem, ale przeczytałem tylko kilka rozdziałów. Nie pamiętam czemu wtedy przerwałem, być może trzeba było ją zwrócić bibliotece albo po prostu mnie nie wciągnęła. Minęło niemal 8 lat, a przez ostatnie kilka miesięcy instynktownie ciągnęło mnie, by do niej wrócić.
   I myślę, że była to dobra decyzja, bo w tamtym wieku byłem jednak innym człowiekiem i myślę, że tok myślenia głównego bohatera nie bardzo do mnie pasował (dziś mi bliżej chociażby wiekiem), tak samo nie zrozumiałbym niektórych nawiązań popkulturowych czy terminów, którymi autor lubił często rzucać. Nie napiszę jakich, by nie robić sobie obciachu.


   Całość faktycznie nawiązuje do gier wielokrotnie, ale nie jest to książka stricte o nich, a jedynie bohater Dawid nagrał się w życiu na tyle, że często porównuje do nich napotkane, niecodzienne sytuacje. Całość jest zresztą bardziej pokręconym romansem o dwudziestokilkulatku, który szaleńczo zakochał się w znacznie młodszej siostrze najlepszego kolegi. Choć znajomość trwała krótko, postanowił spontanicznie "porwać" ją, gdy tylko usłyszał że ma ona wkrótce wyjechać do Francji. A że spontaniczność bez przygotowania rzadko kończy się dobrze, podróż obfituje w dziwne sytuacje z udziałem dziwnych ludzi.
   Powiem krótko, że Dawid nie jest zbyt sympatycznym człowiekiem, gdy poznamy jego obfitujące w wulgaryzmy chaotyczne myśli, które opisują rzeczywistość dookoła z mocnym sarkazmem. Jednocześnie może to po prostu subiektywne spojrzenie, ale ciężko się czasem z nim nie zgodzić. Żulczyk potrafił to nieraz opisać celnie i zabawnie w myśl zasady, że gdy dookoła nas dzieje się syf, to można się już tylko śmiać. Choć czasem dialogi między postaciami wydają się zbyt nadęte, nawet jeżeli wypowiadane są we wspomnianym sarkastycznym, celowo przerysowanym tonem. Podobnie ma się sprawa z towarzyszącą mu Kasią, która mimo młodego wieku i pewnej dziewczęcej naiwności ma podobny tok myślenia co Dawid, co ponownie czyni z niej postać niełatwą do polubienia. A jednak zdołałem nieco sympatyzować z protagonistą być może przez ten swoisty lęk przed dorosłością i podejmowaniem decyzji, które w ukształtują nasze przyszłe życia. Kto się czasem tak nie czuję?
   Nigdy nie czytałem niczego innego autorstwa Żulczyka, choć przez ten czas nie próżnował i napisał sporo dłuższych powieści, a wkrótce na bazie jednej z nich ma powstać serial. Kiedyś usłyszałem, że Zrób mi... też miało zostać zaadaptowane, ale nie ma na to żadnych informacji. Mniejsza z tym. Język którym operuje nadał mi nieco skojarzeń z Wojną polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną, tyle że o ile sami bohaterowie wydają się być nieco z innego świata, cała reszta wokół nich jest mocno znajoma, czasem nawet boleśnie. Być może kiedyś się zainteresuję jego dalszą twórczością, choć mimo wszystko świeżo po zakończeniu nie czuję szczególnej potrzeby. Ale być może znowu mnie weźmie.
   Na razie w kolejce czeka na mnie Buszujący w zbożu. Z nim też mam parę niewyrównanych rachunków.

czwartek, 24 sierpnia 2017

Ostatni syn Kryptona

   Nie jestem na bieżąco z tym co aktualnie dzieje się w komiksowych światkach, ale lubię dobre superbohaterskie opowieści i pałam sporą sympatią do Supermana. Ostatni syn Kryptona zaciekawił mnie konceptem fabuły, przepiękną kreską i udziałem Richarda Donnera przy scenariuszu. Z początku jak zwykle się wahałem, aż w końcu było za późno, ale udało mi się go nabyć na Pyrkonie, jednak zajęło mi trochę czasu nim się do niego odpowiednio zabrałem, a miałem też kilka przerw. Czy to znaczy, że jednak mnie nie wciągnął?


   
   Fabuła mówi o niespodziewanym pojawieniu się w Metropolis kapsuły z chłopcem na pokładzie, który mówi w języku kryptońskim. Zostaje on rzecz jasna wzięty pod opiekę naukowców, jednak Superman się z nim zaprzyjaźnia, czując z nim szczególną więź. Szczególnie, że nie może on posiadać dzieci ze swą żoną Lois, a i w oddali pojawiają się zagrożenia ze strony dawnych i nowych wrogów.
   Jak wspominałem, współscenarzystą był Donner, czyli reżyser dwóch klasycznych adaptacji Supermana sprzed lat. Choć z początku myślałem, że będzie to kontynuacja tych filmów, historia umiejscowiona jest w głównym uniwersum, choć trafią się do nich pewne nawiązania, znaczenie ma też sam charakter Supermana, od którego czuć niezwykłą dobroć i troskę. Całość opowiedziana jest wyjątkowo lekko, choć i akcji wcale nie brakuje, zwłaszcza że chyba tylko ci co nie czytają komiksów myślą, że główny bohater jest całkowicie niepokonany, gdyż niejednokrotnie przychodzi mu upaść przed siłami równych sobie.
   Oddzielny akapit należy się kresce. Nie lubię tak często obecnej w masówkach głównego nurtu sterylności i wygładzenia, a słabość mam do wyraźnych machnięć ołówkiem i nierówności. Podobają mi się tu szczególnie pełne szczegółów tła oraz kadrowanie, choć czasem niektóre twarze wydają się nieco śmieszne. Oko za to pieszczą idealnie współgrające, jaskrawe kolory, które zdają się takie być również przy mroczniejszych scenach, co jednak wypada na plus.
    Niezbyt za to podobała mi się ostatnia historyjka, będąca za bardzo oderwana od całości. I nie chodzi nawet o to, że opowiada prostą historię Supermana o szczęśliwym dniu spędzonym z rodziną. Nawiązuje do wcześniejszych wydarzeń, ale przeszkadza to, że nie wiemy tak naprawdę co działo się pomiędzy. Dodatkowo styl rysownika jest w niej strasznie dziwny i przesadnie realistyczny, co boli przy porównaniu z główną historią. Już ciekawsza wydaje się dodatkowa historyjka z pierwszego zeszytu o Supermanie, głównie z powodów historycznych. Nie ma jednak czego żałować, bo danie główne nadal sprawia wielką przyjemność.

PS. Nieco prywaty: Chciałem by było bardziej po blogowemu i jakoś włączać w to więcej własnych przemyśleń. Obiecałem sobie jednak zrecenzować komiks, ale robię to po paru tygodniach po przeczytaniu, przez co mam wrażenie, że otrzymany tekst jest jest strasznie suchy, czy może raczej nazbyt standardowy, a to chyba nie nadaje recenzji lepszego doznania. Albo po prostu nie miałem nic lepszego do powiedzenia. A może po prostu nie czuję się szczególnie związany z omawianą rzeczą, a właśnie na tym to wszystko miało polegać. Sam nie wiem, jeśli ktoś ma jakieś rady, nie omieszkam się ich przyjąć.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Batman z(a)bawia świat

   Nie pamiętam ile lat temu spotkałem się pierwszy raz z fragmentami Batman zbawia świat z 1966 roku, ale zdecydowanie pamiętam, że były one niezapomniane. A mimo to dość szybko nabrałem do filmu i serialu swoistego szacunku za kult jakim wielu ludzi go obdarza. I mimo przeróżnych, co bardziej "śmiechowych" scen, jakoś nigdy nie widziałem w całości nawet odcinka serialu, a wypadałoby znać film, by mieć pełnię doświadczenia. Dodatkową, przykrą, motywacją była niedawna śmierć Adama Westa, który zdążył wcielić się w animowanego Batmana bazującego na kampowym oryginale.


   I nie jest to gładki film do ocenienia, no bo niby jak? Zjechanie filmu od góry do dołu wydaje się naturalną reakcją kogoś, kto zna Batmana w bardziej mrocznej wersji od... przynajmniej kilkudziesięciu lat z wszelakich mediów, ale nie jestem tu po to, by badać ich szeroką historię, bo wielu zdążyło to zrobić doskonale. Wiadomo, że w tych luźnych jeszcze czasach twórcy traktowali się z dystansem, a sam serial był tak pomyślany, by dzieci traktowały go z wielkim przejęciem, a dorośli z uśmiechem. Jednak bez pewnej odporności na kicz się nie obejdzie. Choć przyznam, że nie był to jednak trzeźwy seans z kolegą :p.

   Fabuła traktuje o tajemniczym zniknięciu statku przewożącego niebezpieczną broń, co kończy się atakiem wybuchowego rekina na samego Batmana (zapewne, by zmrozić dodatkowo krew w żyłach). Na komisariacie dynamiczny duet wnioskuje, że czworo ich najgroźniejszych wrogów połączyło siły w celu zapanowania nad światem. Stawka jest wysoka, a dodatkowo wchodzi w nią porwanie samego Bruce'a Wayna w celu złapania Batmana w pułapkę.
   Nie jestem ekspertem od kina kampowego, ale wraz z posiadaniem odpowiedniej dawki dystansu, które przejawia się z miłością do takich filmów. Porównując go z poziomem serialu, kinowa wersja nie wydaje się specjalnie różnić od niego jakością, choć bohaterowie działają zarówno na lądzie, w wodzie i w powietrzu, dzięki czemu jest różnorodnie. Nie mówiąc już o tym, że ta postać Batmana jest lubiana również za to, że nie zapomniano, że jest również detektywem.
   Rola Adama Westa ma zdecydowanie swój urok, tym bardziej że widzimy go też w bardziej spokojniejszych momentach jako Bruce'a Wayna, który także w odpowiednim momencie daje przestępcom popalić. Robin oraz całe zgromadzenie złoczyńców w swym szarżowaniu również wpisuje się w całościowy klimat.

   Trzeba mieć na uwadze, że pomimo nagromadzenia absurdów (gdzie moim ulubionym typem są sceny, gdzie rozwiązanie problemu jest tak przypadkowe, że zdaje się być dopisane do scenariusza na zasadzie "bo tak się akurat złożyło") nie należy oglądać go wyłącznie dla nieprzerwanej beki, bo zdarzają się tu też spokojniejsze momenty, jak chociażby romantyczna randka Bruce'a z działającą pod przykrywką Kobietą Kot. Choć finał i niektóre pomysły, wzięte rodem z najbardziej kretyńskich pomysłów złotych czasów Srebrnej ery niemal zapierają dech.

niedziela, 4 czerwca 2017

Saga (tom 1) - to rodzinne

   Chęć na dalsze pisanie zniknęła równie szybko jak się pojawiła, a gdy tylko myślałem by coś jednak napisać, to miałem w głowie jedynie pustkę. Być może w obawie przed tym, że o niektórych rzeczach napiszę tylko krótkie notki, zamiast porządnych recenzji. Ale z drugiej strony to i tak miał być taki eksperyment, gdzie miałem się wyćwiczyć, a mówi się, że pisać należy od serca. No to do dzieła, najwyżej w przyszłości będę pisał krótko o kilku rzeczach naraz (ogólnie to zawsze czułem niechęć do cofania się do napisanego tekstu i przeglądania go, a zawsze jest coś do poprawienia).
   Dodatkowo przerwa spowodowana była tym, że nie miałem czasu nadrabiać niczego. Paradoksalnie od niedawna mam Netflixa, gdzie rzeczy jest cała masa, nawet jeśli oferta w porównaniu do zagranicznej jest uboższa. Ale nie można mieć wszystkiego. To może na dziś przejdźmy do komiksu o którym udało mi się słyszeć sporo dobrego.



Saga (tom 1) - o Sadze było głośno kilka lat temu, naturalnie dziś zdołało nieco przycichnąć, choć wychodzi ona do teraz. Jak ją scharakteryzować? Opisywanie fabuły zawsze szło mi najgorzej, ale wspomnieć coś zawsze warto. Do czynienia mamy z dość klasycznym, znanym od Romea i Julii schematem pary zakochanych, gdzie każda osoba pochodzi z odmiennego świata. Dosłownie, bo chodzi o przedstawicieli dwóch wrogich ras, którzy od dawna toczą między sobą długą, międzygalaktyczną wojnę. Na tyle długą, że mało kto pamięta o co naprawdę poszło. Alana była strażniczką więzienną, gdzie poznała Marco z którym weszła w romans, a następnie uciekli jako para w zakazanym związku, my zaś zapoznajemy się z nimi w momencie narodzenia ich dziecka, co przy mieszaniu ras jest swoistym ewenementem. Dlatego choć sami są skazani na śmierć, narodzona Hazel staje się dodatkowym celem. Jest ona także narratorką całej opowieści.

   Świat można banalnie scharakteryzować jako połączenie gwiezdnowojennego science fiction z fantasy typu Gra o tron, czego zresztą nie ukrywa wydawca. Ale to jak zwykle pozory, bo scenariusz, mimo wielu wątków dramatycznych, często traktuje się bardzo na luzie, czy to w kwestii charakterów postaci, dialogów pomiędzy nimi czy samego ich wyglądu. Zarówno projekty postaci czy wszechświata bywają wyjątkowo odjechane, a scenarzysta Brian K. Vaughan (którego wcześniej znałem z Y: Ostatni z mężczyzn) wydaje się przy tym doskonale bawić, co rusz serwując nam rzeczy od których mimowolnie łapiemy się za głowę i nie wiemy czy powinniśmy się śmiać, być zaskoczeni czy zdumieni. Albo wszystko naraz, co jest zasługą oryginalnym zasadom kreującym cały ten wszechświat, czy to pod względem technologii czy występującej w nim magii, którą potrafi władać Marko. A czasami rzeczy po prostu się dzieją. Bo tak. Tym bardziej, że nie brakuje tu ostrych wulgaryzmów, scen przemocy czy seksu. Całość jest więc zdecydowanie skierowana do dorosłych, a pierwsze uderzenie zawsze boli najbardziej, ale jeśli ktoś zdoła je przetrwać, z pewnością zapragnie więcej.

   Wspomnieć należy o rysunkach Fiony Staples. Z pewnością niczego nie brakuje samym bohaterom czy co bardziej pokręconym projektom, choć przyczepić się można nieco to teł, które wydają się mniej skupione niż ostro zaznaczone czarną kreską postacie, przez co miewam wrażenie, że są one wyraźnie wstawione, a nie będące częścią całości. Z drugiej strony wszystko łączy się dobrze w jedną całość. Rysowniczka dodatkowo doskonale ujęła wszelkie pomysły scenarzysty, a od wszelkich ujęć czuć wyraźną dynamikę, szczególnie w scenach akcji.

   Tom 1 składa się na sześć zeszytów i dawno nie miałem takich nerwów po przeczytaniu, spowodowanych tym, że zwyczajnie mam ochotę na więcej i chcę koniecznie wiedzieć jak potoczą się dalsze losy bohaterów. Zwłaszcza że nie skupiamy się tylko na głównej parze, ale i z osobnikami, którzy ich ścigają. I pozostaje mi się zapoznać w przyszłości z tym, jak te wszystkie drogi się w końcu zetkną. Taki już urok wielowątkowych opowieści.

poniedziałek, 27 lutego 2017

Brzydkie słowa, herezje, kosmiczne odloty i polskie połamanie głowy

Jestem kilka minut po finale drugiego sezonu "Star vs The Forces of Evil" i jestem pozamiatany. Niestety prace nad sezonem trzecim trwają od dawna, toteż twórcy wykorzystali to w pełni, zostawiając furtki. Dużo furtek. I dobrze, liczę, że osiągnie on jeszcze większą popularność, pomimo tego co Disney potrafi nawyczyniać na swoich kanałach. A i pojawiła się polska wersja wersja, którą też chętnie sprawdzę. Właściwie to jakoś bardziej on trafia w moje gusta niż nawet "Wodogrzmoty Małe"... Właśnie, kiedy ja to dokończę? Mam dłuższe przerwy między odcinkami niż te oficjalnie i wcale nie dlatego że mi się nie podoba czy coś.

Ale o tym kiedy indziej. Na pisaninę nie było ostatnio czasu, a udało mi się nadrobić kilka filmów.


Miasteczko South Park

W tym roku film stanie się pełnoletni. Czyli w wieku widzów do których był kierowany. Teoretycznie, bo kto takiego niegrzecznego filmu nie widział? No, ja. I na dobrą sprawę dziwnie się ogląda film, którego nie widziało się nigdy, ale jednak znało się cały. Już lata temu w gimnazjum absolutnie zakochałem się w grze "South Park" u kuzyna (po latach zobaczyłem jak bardzo słaba ona była :P), a kuzynka z kolei streściła mi film. W liceum zapoznałem się z kilkoma sezonami i byłem naprawdę pod wrażeniem tego jaki ten serial jest naprawdę. I porzuciłem go na wiele lat, ale sezon 19 obejrzałem cały (PC Principal to genialna postać!). Ale filmu nie widziałem. Przez lata widziałem pojedyncze scenki, słuchałem części piosenek, które naprawdę mi się podobały i przyszedł w końcu czas na nadrobienie. I jak wypada po latach? Całkiem dobrze. Podoba mi się jak twórcy w fabule na dobrą sprawę nawiązywali do własnych kontrowersji, jakie zdołają wywołać i jak dzieciarnia będzie chciała to obejrzeć (bo i tak jest z filmową fabułą właśnie). Tempo jest jednak miejscami za bardzo szybkie, a sam film jest dość krótki. Nie widziałem wystarczająco nowych odcinków, by wiedzieć jaką ewolucję przeszedł serial i jak balansowano na granicy humoru i satyry na społeczeństwo, ale na pewno i dziś nie jest to seans stracony.



Dogma

Tak jak sobie obiecałem, zamierzam nadrobić kino Kevina Smitha. Czy będę miał ochotę sięgać po jego późniejsze filmy po 2006 roku, które zaczęły podobno stawać się coraz gorsze? Się zobaczy. Dpgma akurat pochodzi z jego wczesnego okresu, gdy jednocześnie jego filmy cieszyły się popularnością. W Dogmie do tego dochodzą kontrowersje związane z fabułą obracająca się wokół wiary katolickiej i chrześcijan, a jak dodać do tego poczucie humoru twórcy  łamanie niektórych wyobrażeń, to wychodzi tu mocna mieszanka. I fakt, humor miejscami zdawał się być aż nadto wulgarny, choć zdecydowanie dawał radę. Najbardziej podobały mi się zdecydowanie te spokojniejsze momenty, gdzie bohaterowie rozmawiali... na naprawdę ciekawe tematy, zadając pewne ważne pytania na temat pojmowania wiary i podejścia ludzi, którzy podświadomie nie traktują jej poważnie. Choć i perspektywa upadłych aniołów, którym zależy bardzo na powrocie do Nieba jest równie interesująca. Wiem że w przyszłości będę chciał do niego wrócić, by spojrzeć na niego jeszcze raz na świeżo.



Moon

Debiut Duncana Jonesa opowiadający o samotnym astronaucie w bazie księżycowej na której dzieją się dziwne rzeczy zaintrygował mnie już w czasie premiery. Bo owszem, samotność gdy przez kilka lat jest się z dala od Ziemi i praktycznie czegokolwiek ludzkiego może zacząć dawać się we znaki, a i pamiętam że zwiastun zapowiadał lekko paranoiczny klimat, gdzie nie do końca wiadomo co jest prawdziwe, a co nie. Kojarzyło mi się to trochę z Solaris z 2002 roku, jednak ostatecznie karty zostają szybko odkryte i zamiast zastanawiania się "co", myślimy raczej "dlaczego", co oczywiście nie musi być minusem, bo scenariusz jest całkiem zgrabny. I kojarzył mi się z innym filmem, którego jednak nie przytoczę, by nie spojlerować :P.  Nastrojowy film z miłym klimatem, w którym zabrakło mi tego "czego, czego jeszcze nie potrafię nazwać". Albo po prostu mocniejszego zaskoczenia. W sumie podobnie było z późniejszym filmem reżysera, Kod nieśmiertelności, który też był całkiem oryginalny, ale miałem podobne odczucia. Nie wiem jak jest z Warcraftem, ale opinie były dość średnie, gdzie narzekano głównie na scenariusz. Czyżby takie niedorobienie miałoby być oznaką stylu Jonesa? Nie wiem, ale i tak będę mu po cichu kibicować.



Hardkor Disco

Nie udało mi się obejrzeć kiedyś tego filmu na którymś Camerimage, a nowe kino polskie od młodych twórców mnie interesuje. Tym bardziej, że Krzysztof Skonieczny wydaje się być twórcą wszechstronnym. A jak wypada jego debiut filmowy? Dla mnie tak sobie, jeśli mam być szczery. Owszem, aktorzy grają jak najbardziej w porządku, realizacja jest dobra, a zdjęcia nadają całości chłodnej atmosfery. Ale na dobra sprawę myślałem, że będzie tam więcej klimatów nocnego, warszawskiego życia. I niby było, ale stosunkowo mało. Najbardziej mnie jednak uwierała forma przedstawienia fabuły, którą wydaje mi się (może błędnie), że w ostatnich latach znajduję głównie w polskim kinie, a na pewno w offowym. Mianowicie oglądając film bez większej uwagi tak naprawdę można wiele przegapić, bo nic nie jest nam mówione wprost, a całość bazuje na własnym domyślaniu się przyczyn działań bohatera. I nie chcę wyjść tu na jakiegoś prostaka, bo zdecydowanie popieram, by filmowi twórcy stosowali zasadę "nie tłumacz, pokazuj", tylko co, gdy w rzeczywistości pokazują jak najmniej? Być może po prostu nie byłem w nastroju, ale seans okazał się dla mnie bez większej rewelacji, a szkoda. Być może w dużym skupieniu na sali kinowej więcej bym z niego rozkminił, być może trzeba go obejrzeć jeszcze raz, ale jak znam siebie, to popatrzę na analizy innych na forach. Lubię w sumie układać filmowe puzzle, ale na dobrą sprawę czasem trzeba trochę zluzować i nie popaść w przesadę. Ale kto wie, może lepiej go zrozumiem, a potem będę się pacać w głowę za to, co tu właśnie ponawypisywałem :P.


Kończę. Tak patrzę na te notki i wydaja się strasznie krótkie, choć pisanie szło mi nieco opornie. Tak to jest, gdy opisze się coś po dłuższym czasie, albo gorzej, gdy nie ma się za wiele do powiedzenia. Ale hej, po to tu piszę. Wiem na pewno, że jeżeli będę miał do powiedzenia o czymś konkretnym coś więcej, to na pewno poświęcę temu osobny wpis. A takie krótkie serie kilku rzeczy na raz chyba nie są jakoś mocno zagmatwane?

sobota, 18 lutego 2017

Komiksowy... ból głowy?

   Na początku lutego pojechałem na Szlamfest i odkąd wróciłem nie potrafię się ogarnąć kompletnie z niczym, przez co jeszcze bardziej wypadłem z obiegu ze wszystkim niż w styczniu. Dotyczy to głównie tłumaczeń TGWTGpl, bo ciężko mi wszystko pogodzić z robotą, a jak w końcu mam chwile wytchnienia, to zwyczajnie mi się nie chce. Tak, robię to hobbistycznie, ale wciąż myślę o tych wszystkich zalegających tekstach, które zalegają całymi miesiącami, czekając na opracowanie.

   Drugi problem to taki, że przeszła mi też ochota na pisanie, a gdy przez tak długi czas niczego nie opisuję, a mam taki zły zwyczaj, że chcę wtedy pisać o wszystkim co się działo i zwyczajnie wychodzi z tego bałagan, bo za dużo tego wszystkiego.
   A tak naprawdę miało być o komiksach, bo tych przywiozłem z Trójmiasta kilka, z czego dotychczas przeczytałem do tej pory "Będziesz smażyć sie w piekle", które jest chyba najlepszym komiksem jaki w życiu czytałem. I oczywiście, mam znajomych, którzy przeczytali ich kilkadziesiąt razy więcej niż ja, ale w życiu zdołałem przeczytać trochę klasyków i rzeczy mniej znanych, mainstreamowych i bardziej specyficznych, ale żaden mnie tak nie wciągnął jak historia deathmetalowego zespołu Death Star. Mimo że z wyglądu i charakteru jestem całkowitym przeciwieństwem metalowca, to mam potworna słabość do historii o nich, a szczególnie do żartów o nich. To mi wciąż przypomina, że mam do zaliczenia "Metalocalypse" i filmową wersję "Detroit Metal City"...

   Tuż przed Szlamfestem miałem dwa komiksy do skończenia. Spider-Man z tej nowej kolekcji Marvela wypożyczony od kolegi i Star Wars Komiks "Darth Vader" kupiony... na zeszłorocznym Pyrkonie. Do tego drugiego podchodziłem kilka razy i nadal go nie skończyłem. Zdałem sobie dziwną sprawę, że gdy czytam te mainstreamowe komiksy z USA, to zaczyna boleć mnie głowa, a wtedy robię się śpiący i zaczynam notorycznie ziewać. Czy to poczucie nudy? Rysunki wtedy są tak wygładzone, a na nich samych dzieje się tyle rzeczy, że mam wrażenie że nie potrafię tego wszystkiego ogarnąć wzrokiem i zaczyna mnie to męczyć. Dawniej nie miałem z tym problemu. Czy to coś ze wzrokiem czy po prostu przeszedłem jakąś dziwną przemianę przez te wszystkie lata? Z bardziej oszczędnymi rysunkami nie mam takich problemów. Dość powiedzieć, że udało mi się skończyć z przerwami Spider-Mana, który okazał się całkiem porządnym albumem, nie licząc kontrowersji z tłumaczeniem i okazjonalnymi błędami, na które zdążyło narzekać kilka osób.



   Na razie to tyle w tej kwestii. Wśród rzeczy z Gdańska czeka mnie drugi Ivan Kotowicz oraz parę rzeczy pożyczonych od Szarosen. W lutym z filmów udało mi się tylko obejrzeć "Jay i Cichy Bob kontratakują", który jest spoko filmem do obejrzenia w towarzystwie, ale zdecydowanie nie warto oglądać go na trzeźwo. No i może w ramach nadrobienia filmografii Kevina Smitha powinienem był obejrzeć go później, bo cwaniak stworzył własne uniwersum po którym snuja się postacie z jego poprzednich dotychczasowych filmów.
   No i zamierzam wrócić do czytania książek. W Empiku udało mi się w ostatniej chwili kupić tanio "Życie na pełnej petardzie", które czyta się dotąd naprawdę pozytywnie i może nawet skończę ją w tym miesiącu. Wyjazd do Gdańska przypomniał mi też o trylogii "K-Pax", którą kupiłem lata temu zafascynowany filmem. Czemu je porzuciłem? Chyba po prostu przygnębiały mój młody umysł ostrzeżeniami Prota co do przyszłości gatunku ludzkiego. Dziś to w sumie trochę śmieszne, więc nadszedł chyba czas bym w końcu zmierzył się z nimi ponownie.



wtorek, 31 stycznia 2017

Ryan Larkin - krótka filmografia długiego życia

Dziś postanowiłem odświeżyć wszystkie cztery filmy Ryana Larkina, którego poznałem niemal 10 lat temu na studiach. Tym bardziej fajnie, że na YT część była w doskonałej jakości. O ile dwie pierwsze są dosyć proste i bardziej eksperymentalne (i nieco ciężko nadążyć za zmieniającymi się kształtami), to już Przechadzka i Muzyka uliczka robią naprawdę dobre wrażenie jako filmy które należy chłonąć myślami, szczególnie że nie mają one ani fabuł, ani konkretnych przestań.

Co mnie zaskoczyło, to wiedziałem że nie dokończył on swego ostatniego filmu przez śmiercią 10 lat temu, ale nie wiedziałem że Trochę drobnych zostało dokończone przez innych rok później. To całkiem udane dzieło, które jest swoistym podsumowaniem zarówno jego życia i twórczości, inne niż z lat 60. i 70., ale nadal wyraźnie jego.

Znając jego życie to przykre że stworzył on tylko pięć filmów oraz to że on tak mało znany, nawet mimo oskarowego filmu mu poświęconego. Gdy spojrzałem na jego profil na Filmwebie, przez te 10 lat nie powstał tam ani jeden wątek. Pomyślałem też by może go przedstawić na grupie Kinowego ekspresu, może ktoś by się chciał zapoznać. Ale reakcji było absolutne zero. Może specyficznym autorom nie dane jest zyskać dużej popularności za cenę bycia sobą? Przypomina mi się rozmowa jaką odbyłam w listopadzie z Piotrem Dumałą, ale jemu jeszcze poświęcę tekst.